05.09.200610 rano, a ja już miałam 2 ataki. Jak tak dalej pójdzie, to idę na życiowy rekord.
komentuj (3)04.09.2006Nigdy nie byłam za dobra, to czas najwyższy na stanie się wystarczająco dobrą i na zasłużenie na wszystko. Może na jakieś dobre słowa. Bo przez wiele lat dobre słowa na swój temat od rodziców słyszałam tylko wtedy, jak podsłuchałam ich rozmowy telefoniczne, jak chwalili się znajomym. Na zasadzie „Wy macie pieniądze, a my za to mamy zdolne dziecko”. Tylko to dziecko wolałoby to usłyszeć chociaż raz bezpośrednio i szczerze. I najłatwiej było mi walczyć z jedną rzeczą. Żeby w końcu wyglądać tak, żeby nie słyszeć nic złego o sobie... Jedna próba, druga próba, enta próba. Odchudzanie, objadanie, odchudzanie, objadanie. Trzymam się. Trzymam limitu. Kontroluję wszystko. W końcu ktoś coś zauważa. Że staję się wystarczająco dobra. Chudsza. Dochodzę do momentu idealnego i co? I okazuje się, że nie umiem jeść normalnie. Daję sobie nagrodę za to, że byłam dzielna. I tyję. Tyję i tyję. Poczuć się lepiej na chwilę. Jeden facet. Drugi. Mała przygoda. Dwie nawet. Nieźle się czułam, ale przez chwilę. Jem, ale nie mogę utyć. Bo nie będę wystarczająco dobra. No to rzygam. Nauczyłam się, to trzeba to wykorzystać… I to kiedyś była reakcja na zjedzenie za dużo. Na strach – co to będzie? Teraz jest to zupełnie coś innego. To jest kara. Ja siebie tak karzę. Jak mi źle. Jak zrobię coś nie tak. Jak ktoś przeze mnie cierpi. Jem tylko po to, żeby było czym wymiotować. Idę do łazienki i rzygam. Aż się cała nie rozmażę. Aż nie będę nic widzieć przez łzy. Aż nie będzie czym. To jest chore postrzeganie siebie. I to nadal. Bo ja nadal nie jestem wystarczająco dobra. I wszelkie okresy postoju, to złudzenie. Bo ja nadal mam mnóstwo paranoi, do których ciężko jest mi się przyznać. Że raz się sobie podobam, a innym razem patrzę na siebie z obrzydzeniem. I to ja się wstydzę, a ktoś inny mnie w to wpędził.
komentuj (1)04.09.2006Wczoraj powiedziałam Nowemu o bulimii. O mojej awersji do mojego ciała. O tym, że jak dotyka mojego brzucha, to sztywnieje auomatycznie w środku i napinam mięśnie brzucha (których nie ma) i za wszelką cenę pozbywam się jego ręki z tej części ojego ciała. Że wstydzę się.
Przyjął dobrze. Tzn. wiem, że mam w nim wsparcie.
Zaczęłam szukać terapii.
W końcu jestem świa-do-ma sowjej choroby.
W końcu przejrzałam na oczy.
Co nie zmienia faktu, że dziś znowu czuję się paskudnie i tylko cudem chyba nie rzygałam.
komentuj (0)02.09.2006Wczoraj pierwszy raz w życiu ktoś mnie zdemaskował. Zapytał, czy mam bulimię. Zawsze to ja mówiłam. Dookoła. Bo jak ukrywałam, to wszyscy zastanawiali się co mi jest. Jak krzyczałam na głos, nikt nie zwracał już uwagi. Zaspokoili ciekawość. I ten ktoś bezbłędnie odczytał mój język ciała. DO tego dokarmił mnie komplementami. Nowy (czyli Nowy Facet) też dookarmia mnie komplementami. Ale to wszystko siedzi w głowie... Od tylu lat.
Nienawidzę swojego odbicia w lustrze, wiecie?
Nigdy nie będę zbyt dobra.
Nigdy nie będę zbyt szczupła.
Nigdy nie będę zbyt idealna.
komentuj (2)02.09.2006Od około 6 permanentnie się odchudzam. Tzn. wygląda to tak, że odchudzam się restrykcyjnie, chudnę, a potem tyję. plus/minus 15 kg. Ale najgorsze są ataki strachu. Ile bym nie ważyła, zawsze jestem za gruba, zawsze mam za dużo tłuszczu... Czasami wymiotuję... czasami nawet 12 razy dziennie... Ale nie jest to przepisowe "3 razy w tygodniu przez conajmniej 3 miesiące). Ja po prostu jem wszystko, pochłaniam, cokolwiek by to nie było. A potem albo wymiotuję, albo zżerają mnie wyrzuty sumienia. Chodzę wkurzona i warczę na wszystkich, którzy tylko mi wejdą pod nos. I oczywiście nakładam sobie kary. Tzn. jak dziś zjadłam 2000 kcal, to jutro nie mogę więcej niż 1000. Jak zjadłam więcej niż 2000 kcal, to ćwiczę do upadłego...
Myślałam, że to kontroluję... Myślałam, że jest wszystko ok. Ostatnio znowu schudłam 10 kg. Przez kilka miesięcy, na diecie ok. 1400 kcal, czyli że zdrowo. Miałam w tym czasie (4 miesiące) ok. 5 dni z atakami (wymioty: od 1 do 12 razy dziennie). Raz zemdlałam. I w sumie pominęłam ten fakt, bo to była dość mała wpadka jak na moje wcześniejsze "dokonania".
Jedzenie traktuję jak lekarstwo, niejedzenie jako karę. Czasem, jak mi źle, jem cokolwiek tylko po to, żeby pójść do łazienki i to zwymiotować. Bo wolę czuć ból fizyczny niż psychiczny. I mnie to oczyszcza... I najgorsze jest to, że wiem, że tak być nie powinno, że robię źle. Ale czasem nie myślę...
I dzisiaj miałam kolejny atak paniki. Przecież ja dzisiaj tyle zjadłam! Zorientowałąms ię, że kursuję tylko na trasie kuchnia - mój pokój. I pewnie znowu od jutra będę trzymać się diety....
-
To w skrócie moja historia.
Jestem chora.
I to miejsce jest mi niezbędne.
komentuj (2)